Macocha w beżowym szlafroku na kuchennej wyspie
Rajstopy ciągną mnie przy udzie. Beżowy pudrowy szlafrok leży pomięty na krześle. Ekspres parzy kawę sam. Ja siedzę na krawędzi wyspy, nogi rozchylone, czuję wilgoć między nimi. On staje bliżej, jego cień pada mi na brzuch. Jego dłoń chwyta za materiał szlafroka i pociąga w dół. Piersi wyskakują spod tkaniny. Oddech mi drży. Lavalier pod stanikiem rejestruje każdy westchnienie. Mówi mi stop i ja przestaję. Potem kiwa głową - kontynuuję. Rozpinam mu spodnie jednym ruchem. Kutas wyskakuje naprężony, ciepły w mojej dłoni. Przyciskam twarz do jego bioder, czuję zapach potu i mydła. Obracamy się do lustrowej ściany obok lodówki. Widzę nas odbitych - jego plecy nad moim barkiem, moje włosy rozsypane po ramieniu szlafroka leżącego na ziemi. Suniemy do sypialni bez butów. Podłoga chłodzi stopy. Niedopasowane bawełniane prześcieradła już czekają. Upada pierwszy promień świtu przez żaluzje. Rzuca paski światła na jej dupsko. On wsuwa się od tyłu, wolno, patrzy w lustro nad komodą. Jej kolano ugina się przy każdym wejściu. Pełna szklana popielniczka stoi obok łóżka z niedopałkami. Bas z sąsiedniego bloku bije rytm przez ścianę. Moje paznokcie wbijają się w materac gdy on wgryza się we mnie bardziej niż zwykle. Ciepło jego ciała miesza się z chłodem powietrza dopiero co wpuszczonego przez okno po otwarciu rannego powietrza. Smak soli na języku gdy liżę mu szyję po skończeniu. Milczę bo wiem że to był payoff który nie potrzebuje słów tylko ciszy przed kolejnym ujęciem które zaraz ruszy bez klapsa ani reżysera mówiącego cut bo jesteśmy już za bardzo w środku żeby przerywać teraz.