Macocha w bursztynowym szlafroku na kuchennej wyspie
Kuchnia z wyspą pokrytą czarnym granitem. Okno do podwórka przepuszcza światło późnego popołudnia. Blaty pełne porcelanowych doniczek. Na stole kluczyki od skutera. Niedopita. Herbata w szklance. Macocha stoi plecami do blatu. Jej bursztynowy szlafrok rozchylony na piersiach trzyma się tylko na rękawach. Pasierb klęczy przed nią. Jeden palec wsunięty pod materiał rajstop 70 den. Druga dłoń chwyta za biodro w siatce ciasnych stringów. Softbox nad oknem pada pod kątem 45 stopni, tworząc cienie na mięśniach brzucha mężczyzny. Lavalier ukryty pod jej stanikiem łapie każdy oddech przez zaciśnięte gardło. Ona wybiera tempo - kiwa głową gdy on przesuwa językiem po wnętrzu uda tuż nad kolano. Powiadomienie WhatsApp miga ekranem telefonu leżącego obok mikrofalówki - 'wrócę za godzinę'. On pociąga ją za włosy ku sobie. Szlafrok spływa z ramion na posadzkę z matowego chromu. Skóra wilgotna od potu styka się ze stalowym krawędzią wyspy. Dłoń mężczyzny obejmuje całą pierś jedną ręką - ciężką jak kamień w dłoni dziecka budującego domek z piasku nad falochronem w Sopocie latem tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt siedmego roku którego nikt nie pamięta prócz niego samego który miał siedem lat, patrzył jak morze zabiera wszystko co postawiłeś choćby było idealne a teraz on robi to samo tylko że to nie morze to on i ona oddychają coraz szybciej a bas z sąsiedniego bloku tłucie przez ścianę jak serce waląc o żeberka lampy wiszącej nad stołem która kołysze się delikatnie niczym wahadło metronomu utrzymującego rytm który nikt nie kontroluje ale wszyscy słyszą aż do momentu gdy on wpada głęboko i nieruchomieje a ona wbija paznokcie malowane czerwonawym lakierem z drobnymi odpryskami we własną dłoń by nie krzyczeć.