Brunetka z Gdańska ujeżdża faceta w szałwiowym szlafroku
Ja stoję nad łóżkiem, szlafrok szałwiowy ześlizguje się z ramion. Moje włosy dotykają poszewki, czuję wilgoć pod kolanami. Prześcieradła nie pasują do siebie - jedno białe jak śnieg, drugie poplamione winem. On leży tyłem, patrzy prosto w obiektyw. Ja siadam powoli, palce splatają się przy moich biodrach. Jego język wspina się po moim brzuchu. Dyfuzja 1/4 na zbliżeniu rozwala ostre światło schodzące przez szczelinę w drewnianych okiennicach. Lavalier ukryty pod stanikiem szumi cicho przy każdym ruchu głową. Ja opuszczam się pierwszy raz - dreszcz idzie po kręgosłupie aż do kości ogonowej. On chwyta mnie za talia, mówi stop i ja hamuję biodrami bez wahania. Potem ruszam szybciej bo to ja decyduję o tempie teraz. Czuję jak napina mięśnie pośladków przy każdym opuszczeniu się na niego. Bas przez ścianę bije rytmicznie z sąsiedniego mieszkania - motocykle, muzyka rap od dwóch godzin nie milkną. Na stole kluczyki od skutera leżą obok niedopitej butelki piwa Radlera. Mój oddech staje się głośniejszy niż hałas za ścianą. On unosi biodra i wpada we mnie mocniej - słyszę trzask gumy pod spodem gdy nasze ciała walą się razem jak worki z cementem. Smak soli na górnej wardze gdy liże mi szyję z tyłu. Czuje ciepło jego klatki piersiowej tuż nad moimi sutkami gdy nachyla się do przodu by pogryźć skórę między piersiami ale delikatnie bo wiemy że będzie kontynuacja za pięć minut po pauzie technicznej. Wczesny ranek pokazuje plamy światła przez farbę odpadającą z ramy okiennej. Ja kończę pierwsza ale on jeszcze nie. To ważne żeby było widać jak oddycham ciężko patrząc w sufit gdzie pajęczyna kołysze się nad lampą wiszącą crooked. Potem on dociska mnie do materaca pleciami do desek. Drewno trzeszczy. Nie ma potrzeby mówić więcej.