Krakowska brunetka w beżowej bieliźnie na parkiecie
Ja leżę na plecach, parkiet wbija się w łopatki. Słońce wpada przez drewniane okiennice, kurz tańczy w promieniach. Beżowy pudrowy materiał moich stringów już przesiąkł. On klęczy, jego kutas sterczy prosto w górę, ciepły dotyk na moich wargach. Ja prowadzę rytm, jedna ręka na jego biodrze, druga w jego włosach. Czuję, jak się napiął, jak pulsuje. Potem odwraca mnie, raptownie, brutalnie. Moje kolano ślizga się po deskach, paznokcie drapią po nierównościach. Jeden kamera stoi na szafce nocnej, druga na ziemi, trzecia na statywie przy oknie. Lavalier ukryty pod stanikiem chwyta każdy odgłos, chrupanie drewna, chłeptanie skóry, jęk, który wyrzuca mi się z gardła. Karty do gry leżą rozsypane na stoliku obok pustej szklanki. On wchodzi od tyłu, mocno, bez ostrzeżenia. Ja mówię stop, on się cofa. Ja mówię dalej, on wbija się głębiej. Rajstopy 70 den pękły przy udzie, ale to nie przeszkadza. Czuję jego dłoń na gardle, drugą na biodrze. Smak soli z jej szyi. Bas z sąsiedniego bloku bije przez ścianę. Ja wybieram tempo. On jęczy, ja słyszę, jak się zbliża. Pochyla się, mówi, że chce mnie widzieć. Ja patrzę prosto w obiektyw. Czerwony lakier na palcach u nóg odpada. Jeden palec wkłada mi do ust. Ja ugryzam. On trzyma mocniej. Ja czuję, jak pulsuje. Wtedy wiem, że zaraz się stanie. On nie pyta. Ja kiwam głową. On się wysila. Ja też. Potem ciepło. Potem cisza. Tylko oddech, syk wentylatora.