Warszawska gospodyni w szlafroku przy kuchennym blacie
Ja mam jeszcze rozmazaną szminkę z poprzedniego ujęcia. Smak gorzkiej kawy nie schodzi mi z języka. Stałam tuż przy zlewie, plecy oparte o chłodny metal, a jego dłonie powoli sunęły po moich biodrach. Około dziewiątej rano - późny ranek - słońce przebijało przez drewniane okiennice z odpryskaną farbą. Full HD uchwyciło każdy drobny drżenie skóry. Ja czuję ciepło jego oddechu przez materiał szlafroka szałwiowego, który ledwo zakrywa moje uda. Nie ruszam się. Tylko palce wbijają się w blat. Lavalier ukryty pod stanikiem oddaje każde westchnienie jak echo w tunelu. Kamera główna to 85mm otwarty na f/2.8 - zbliża twarz, żyłę pulsującą na skroni. On klęka, rozsuwa mi nogi delikatnie ale pewnie. Jego język znajduje cipę dokładnie tam gdzie potrzebuje najbardziej. Ja kiwam głową - to znak że jest dobrze. Potem stajemy przy stole jadalnym, ja nachylona do przodu, on wchodzi ode mnie od tyłu jednym pchnięciem. Skórzanymi rękawiczkami trzyma mnie za szyję. Tempo rośnie razem ze świstem wentylatora nad głową. Moje piersi kołyszą się przy każdym uderzeniu, włosy leżą mokre na karku. Pełna szklana popielniczka sterczy obok talerza z resztami śniadania, jej zawartość ma barwę tabaki. Ja decyduję kiedy przyspieszyć tempo, mówię mu gdy ma się zatrzymać. Bas dudni przez ścianę od sąsiadów, ktoś jeździ skuterem po podwórzu. Na końcu widzę tylko jego policzek ociekający potem i moją własną rękę ściskającą jego włosy. Światła gasną powoli jakby reżyser wyłączył je ręcznie po ostatnim orgazmie. Nic więcej nie trzeba było nakręcać. Wszystko poszło za pierwszym razem bez cięcia czy dubbingu.