Blondynka i jej ciało pod słońcem hotelowego tarasu
Ja leżę na betonie tarasu drugiego piętra. Deszcz padł dziesięć minut temu. Powietrze parzy wilgocią. Moje włosy kleją się do pleców jak mokra szminka. Okulary słoneczne spoczywają na grubej powieści z nadgryzionym brzegiem. Strój kąpielowy morskiego odcienia trzyma się ledwo przy piersiach - sól pozostawiła białe smugi na materiałach. Ja to czuję - napór skóry pod napięciem tkaniny. Podnoszę się wolno. Beton ociera moje uda z głośnym chrząknięciem materiału. Wchodzę do środka. Pokój tonie w niebieskim odblasku basenu zza szyby. Lampy jeszcze nie zapalone. Kluczyki od skutera leżą obok telefonu z dwoma niedojrzanymi wiadomościami WhatsAppa. Ja rozpinam haftkę jednym ruchem palców. Strój spływa po biodrach jak topniejący śnieg. Stoję przed lustrem bez obróbki. Moje dłonie idą ku górze - przez uda, brzuch, most między sutkami. Kamera pracuje od dołu - soczewka 85mm otwarta na f/2.8, światło tylko ze szpar w roletach. Jej oko patrzy prosto w moje spojrzenie w lustrze. Nie ma potrzeby ruszać głową - ja kontroluję każdy milimetr ekranu. Moja lewa ręka znika między nogami. Oddech przyspiesza ale nie ucieka mi tempo. Ja decyduję kiedy idziemy dalej i gdzie postawimy statyw następnym razem. Palec wsuwam głęboko, drugi ściska brodawkę aż boli. Bas z sąsiedniego pokoju bije rytm przez ścianę jak bicie serca po maratonie. Po północy temperatura spada o trzy stopnie ale ja cały czas płonę pod skórą. Czasem słychać syk wentylatora nad łóżkiem albo szczęk plastiku gdy przestawiam nogę bliżej światła kluczowego dyfuzowanego przez firankę Przed finałem siadam na brzegu materaca - kolana rozchylone szeroko, paznokieć malowany czerwoną farbą z drobnym odpadkiem przy końcu małego palucha Celuję wzrokiem prosto w obiektyw i nie mrugam nawet gdy kończę.