Naturalna blondynka przy basenie wtorkowego popołudnia
Rajstopy ciągną mnie po prawym udzie. Mam włosy przylepione do szyi, ciepło wilgotnego powietrza lepi mi się do lędźwi. Słońce bije prosto w oczy, ale nie mrugam. Na stole stoją kluczyki od skutera. Pudełko. Zapałek do połowy puste. Butelka wódki w kolorze butelkowym ledwo wystaje spod ręcznika. Ja wybieram kąt. Tempo. Moje palce suną po biodrach, zatrzymują się tuż nad sznurowanym bikinim. Oddycham przez usta, wolno, jakby czas stał. Telefon trzymam luźno w dłoni - to moja kamera POV, nikt inny nie reżyseruje tego ujęcia. Lavalier ukryty pod stanikiem łapie każdy odgłos, chlust wody, trzask zapalanej papierosa, westchnienie przed pierwszym dotykiem. Zsuwam materiał z pupy, zostawiam go wisieć między nogami. Płytki są gorące pod kolanami. On stoi nad brzegiem basenu, jego cipa już sterczy spod bokserek. Podchodzę tyłem, czuję ciepło jego skóry przez materiał majtek. Rozpinam mu guzik jednym ruchem paznokcia malowanego czerwoną farbą - ten lakier ma odpryski od jazdy rano po wyboistym chodniku. Opuszczam głowę, biorę go do ust całkiem, bez wahania. Jego dłoń grzebie we włosach - nie prowadzi, tylko czuje rytm moich ruchów. Potem obrót. Klękam teraz twarzą do basenu, patrzę na nasze odbicia wśród fal. Wciąga mnie za biodra, wbija się silnie, raz-dwa-trzy. Skórzanke mam mokrą jak deszczówkę. Nie słychać nic oprócz plusku i jęków wpadających między kolejne tony radiowej muzyki z salonu. Kończę leżąc na boku, słońce świeci mi prosto w twarz, powieki drgają. Basen błyszczy sinawo za moimi plecami. Nikt nie woła cut. To ujęcie poszło za pierwszym razem. Rajstopy 70 den pękły przy kostce, ale nikt nie pyta o rekwizyty.