Naturalna blondynka w mundurku na werandzie nad jeziorem
Ja czuję wilgoć między udami. Deska pod stopami ciepła od poranka. Mundurek z niebieskim kołnierzykiem ledwo trzyma się ramion. Rajstopy 70 den drapią wewnętrzne strony uda, ale nie mam siły poprawiać. Paczka Marlboro czerwonych leży obok filiżanki z resztką kawy. Ja decyduję kiedy idziemy dalej. On czeka na moje skinienie. Jego dłonie wspierają się o mokre drewno, deszcz spadł godzinę temu. Ja rozpinam guzik u spodni, powoli. Słońce bije mi w plecy, bursztynowe odbicia tańczą na blacie stołu. Lavalier ukryty pod stanikiem szumi lekko przy każdym ruchu głową. Ja nachylam się do mikrofonu. Mówię., wejdź teraz. Jego kutas wpada prosto do gardła, bez wahania. Ja oddycham nosem, rytmicznie. Potem zmieniam pozycję sama - klękam na brzegu ławki, tyłem do niego. On chwyta moje biodra jakby miał mnie rozedrzeć. Każdy jego pchnięcie wbija mnie głębiej w deskę pod sobą. Skórę mam pokrytą drobnym kurzem od letnika. Moje włosy latają przy każdym ruchu. On jęczy nisko, ja słyszę to przez bas który bije z głośników po drugiej stronie ogrodu. Nie patrzę mu w oczy, patrzę tylko na tę paczkę papierosów która drży przy najmocniejszych uderzeniach. Moje paznokcie grzebią w drewnie. Ktoś krzyczy coś zza żywopłotu ale my gramy dalej. Ja wołam, szybciej, mocniej, tu właśnie. Jego jaja biją mnie po pupie jakby były za duże dla rajstop które ma jeszcze założone. Smak metali we rwięcie powraca gdy on się zbliża do orgazmu. Ja czuję jak napina mi mięśnie brzucha przed kulminacją. Potem tylko cisza oprócz świerszczy, fal lizących brzeg dziesięć metrów dalej. Wszystko spowalnia samo.