Latynoska dziewczyna w antracytowym szlafroku przed kanapą
Ja czuję wilgoć na wewnętrznej stronie uda. Antracytowy szlafrok wisiał na drzwiach łazienki, teraz leży pod kanapą. Moje palce trzymają materiał w garści, kiedy on przyciska mnie do ściany. Jego język we mnie i ja cofam głowę. Słychać bas zza ściany. Pomruk. Chłodnicy. Kamery stoją nisko - jedna przy lodówce, druga na telewizorze, trzecia to ten obiektyw 85mm otwarty na f/2.8 tuż nad dywanem. Lavalier ukryty pod stanikiem rejestruje każdy oddech. Ja wybieram tempo. Kiwam. Głową gdy jest dobrze. On przekręca mnie i wbija się od tyłu przy oknie bez firanek. Światło uliczne pada mi na plecy jak tafla oleju. Przesuwamy się po niedopasowanych bawełnianych prześcieradłach rzzuconych wcześniej przez asystentkę. Jeden róg jest inny - jasnoniebieski wśród szarych płócien. On jęczy i wciska mi rękę między nogi by ściskać łechtaczkę podczas picowania. Smak soli na mojej górnej wardze to pot z szyi albo łzy które nie spadły jeszcze całkiem. Dreszcz idzie prosto do kręgosłupa gdy słyszę głośne plaskanie skóry o skórę nagrane przez mikrofon nad lustrem. Ja patrzę prosto w obiektyw kiedy on pulsuje we mnie. Ciepło rozlewa się powoli a on nie wysuwa się od razu. Potem siadam sama przy stole z kieliszkiem vodki który był tam cały czas. Telefon miga powiadomieniem WhatsApp ale go nie odblokowuję. Jest sobotni późny wieczór i nikt nie śpi za cienkimi ścianami. Moje włosy kleją się do policzków a ja mam suche usta ale nie piję. Tylko oddycham i czekam aż reżyser powie że mamy cut. Ale wiem że będzie kolejne ujęcie bo jeszcze czuję pulsowanie gdzieś głęboko w sobie, choć już wolniej, coraz spokojniej, jak echo dudniącego basu przez pustą klatkę schodową budynku przy placu zabaw dla dzieci które dziś nie wyjdą bo pada deszcz po betonowych płytach pod naszym blokiem drugiego piętra nad warsztatem naprawy rowerów gdzie ktoś zostawił kluczyki skutera przypadkiem otwartej szafki widocznej przez okno naprzeciwko którego teraz stoi operator zmieniając pozycję statywów bez słowa tylko gestem dłoni pokazującemu że wszystko gra według planu sesji amatorskiego typu dokumentalnego realizowanego metodą naturalistycznych interakcji bez scenariusza tylko impulsów ciała emocji miejsca czasu sytuacji właśnie tej sekundy właśnie tego kontaktu właśnie tej potrzeby którą nikt nie nazwie ale wszyscy rozpoznają.