Macocha w kuchni i sąsiadka przy pralce rano
Drżą mi palce gdy słyszę jej klucze w drzwiach. Ja już stoim nad ekspreszem od godziny, szałwiowy szlafrok luźno zapięty, włosy nie uczesane. Ona wchodzi bez pukania - jak zwykle - z workiem brudnych rzeczy pod pachą. Suszarka hałasuje za mną, ciepło bije mi w plecy. Patrzy prosto na moje nogi. Ja nie ruszam się od blatu. Jej wzrok spływa po moich udach, ja czuję wilgoć między nogami. Podchodzę wolno do pralni, stawiam rękę na framudze. Ona idzie za mną. Pochyla się by wyjąć pościel - ja chwytam ją za biodra i przyciskam do metalowej ścianki maszyny. Oddech mi ucieka gdy wbija paznokcie w mój bark. Rozpinam guzik jej jeansów jednym ruchem palców - ona kiwa głową że to dobrze że tak właśnie chcę. Lavalier ukryty pod stanikiem łapie każdy szept. Ona klęka bez słowa, język sunie po mojej cipie przez majtki. Ja trzymam się framugi, patrzę w lustro nad umywalką. Kamera na statywie obok lodówki uchwyciła to wszystko szerokim planem, ale teraz reżyser każe zmienić na obiektyw 85mm otwarty na f/2.8 żeby złapać szczegóły języka i falujących ust. Ja czuję smak własnej skóry gdy nachylam się by pociągnąć ją za włosy. Okulary słoneczne leżą otwarte na książce o ogródkach warzywnych. Bas z sąsiedniego mieszkania tłucze rytm który wpada nam w puls. Pora obiadu minęła a my nadal stojemy tuż przy drzwiczkach pralki, ona jęczy z nosem wbitym we mnie a ja wołam że chcę więcej że niech nie przestaje. Jej kolano wbija mi się między uda gdy wtulam twarz w jej szyję. Ja decyduję kiedy i jak daleko więc przewracam ją plecami do ściany i podcinam sukienkę wysoko nad biodrami. Czerwony lakier zaczyna odpadać z moich paznokci gdy drapię nią po tynku.