Macocha w szlafroku ecru przy kuchennym blacie
Ja mam jeszcze resztki zapachu cytryny z poprzedniego ujęcia. Moje palce drżą lekko gdy sięgam po guzik szlafroka. Światło wpada przez drewniane okiennice z odpryskaną farbą - wcześniejsze popołudnie. Na stole kluczyki od skutera. Ja nie zakładam już peruki - moje własne włosy muszą być widoczne teraz. On staje za mną przy zlewie. Jego dłoń idzie prosto pod rajstopy 70 den. Smak metalu w ustach gdy gryzę dolną wargę. Czuję ciepło od garnka na kuchence, jego czoło między łopatkami. Lavalier ukryty pod stanikiem rejestruje każdy oddech - słychać jak sapnę gdy wbija mi paznokcie w biodro. Nie patrzę w lustro nad szafką - wiem że moja twarz jest napięta jak przed burzą. On nie mówi nic tylko przesuwa moją rękę niżej po białym blacie kuchennym który był czysty pięć minut temu. Moje kolano drży gdy opiera się o piec gazowy który warczy cicho za plecami jak zwierzę gotowe do skoku. Ja wybieram tempo - wolno obracam głowę by spojrzeć mu prosto w oczy, mówię stop gdy potrzebuję przerwy między seriami uderzeń bioder o ścianę lodówki która trzęsie się razem z nami. Jeden palec we mnie drugi na sutku które bolą bo były mocno ssane wcześniej dziś rano jeszcze przed herbaczką która stygnie obok telefonu z powiadomieniem WhatsApp które nikt nie otworzył. Kabaretki zostały zdjęte pierwsze ale zostały tylko jako wspomnienie na dywanie obok niedopasowanych bawełnianych prześcieradeł które kupiłam specjalnie dla tej sesji bo wiem że będą rozmazane jutro rano. Zimny metal klamek lodówki przy plecach kontra gorący język na gardle. Ja decyduję kiedy kończymy i gdzie kończymy. Ostatni raz siadam sama na blacie trzymając się krańców jednym palcem smaruje sobie wnętrze uda by było łatwiej jechać nim góra dół bez oporu a on patrzy tylko patrzy jak ja robię to wszystko sama dopóki nie krzyczę jego imienia które teraz znika razem ze światłem głównym.